Ostatnie posty

Zacznę tak trochę górnolotnie. Ten wpis jest o tym, że marzenia się NIE spełniają. Marzenia się spełnia. Własną pracą, własnymi decyzjami i wyrzeczeniami. Nic się samo nie dzieje. Same od siebie mogą nastąpić sprzyjające zbiegi okoliczności, które trzeba wykorzystywać do maksimum.



Pewnego dnia stwierdziłam, że muszę wreszcie coś zrobić ze swoim życiem. I postanowiłam kupić BMW.

Beemka marzyła mi się od początku mojej przygody z motoryzacją, zresztą od tej marki się ona zaczęła. Było to pierwsze auto, które zaczęłam rozpoznawać na ulicy nie widząc znaczka. Nie wiem dlaczego tak wyszło, że na pierwszy samochód kupiłam sobie akurat Hondę Civic, ale myślę że nie mam czego żałować (może poza tym, że nie miałam V-TECa pod maską). Mogłabym żałować gdyby padło na Opla Tigrę, bo to był mój pierwszy pomysł, na szczęście szybko mi przeszło. I nie muszę się wstydzić za to, że moim pierwszym samochodem była Tigra. Choć teoretycznie, nie miałabym czego, bo każdy mi mówił, że to fajne auto dla kobiety. Też tak myślę, ale w moim motoryzacyjnym CV nie ma miejsca dla Tigry. Życie jest zbyt krótkie, aby jeździć samochodami, które są dobre „dla kobiet”, tak w stereotypowym założeniu.

Zawsze też marzył mi się kabriolet. Jednak wydawało mi się to marzenie totalnie nierealne i abstrakcyjne. Tych z kategorii nie do spełnienia albo kiedyś, w odległej przyszłości, gdy już będę bardzo bogata. Chciałam mieć kabrio, ale nigdy tak naprawdę nie sądziłam, że kiedyś kupię sobie taki samochód.

A później stwierdziłam, że raz się żyje.
I muszę kupić sobie BMW.
W cabrio.
Wymarzone E36.
I gdy już to postanowiłam, nic nie było w stanie mi wybić tego z głowy. Mimo iż istniało mnóstwo racjonalnych argumentów za tym, że wybór kabrioleta to nie najlepsza opcja. Zaczęłam intensywnie przeglądać wszystkie ogłoszenia, niektóre czytałam po kilkadziesiąt razy. A nie było tego dużo, bo na całą Polskę znalazłam nie więcej niż trzydzieści egzemplarzy. Przez kilka tygodni czekałam aż trafi się coś naprawdę godnego uwagi, bo też budżetu jak na ten model, nie miałam zbyt wielkiego.



Aż znalazłam jeden wymarzony egzemplarz, na który pieniądze próbowałam wytrzasąć z pod ziemi. Nie udało się. Ale cały czas obserwowałam czy nikt jej nie kupił, parę razy dziennie wchodziłam na ogłoszenie. Cały czas aktualne. I im dłużej czekałam, tym bardziej miałam wrażenie, że nie jest to taka okazja jak się wydaje. Coraz więcej rzeczy zaczęło mi nie pasować. A to 1.8is, który nie szedł fabrycznie w cabrio, a to oznaczenie 320 na klapie mimo silnika 1.8, a to podejrzanie idealny stan jak na tą cenę. Trafił się inny egzemplarz, ładnie odrobiony, gwint HR, nowa szyba i pleksa w dachu, nowe sprzęgło, ale odrzuciłam go prawie od razu, bo trochę za drogi. Cały czas jednak siedział mi w głowie, bo wychodzę z założenia, że wolę dać trochę więcej za auto i kupić coś porządnego niż zapłacić mniej i mieć na starcie długą listę rzeczy do wymiany. I postanowiłam. Jechałam po nią 300 kilometrów w jedną stronę. Kupiłam, nie wierząc w to co się dzieje, trochę z żalem, że tak krótko mogłam się nacieszyć plikiem banknotów, który nie mieścił mi się w portfelu, najbardziej przejmując się tym jak ja zajadę do domu na tak niskim zawiasie (a przywaliłam podłogą o niski próg zwalniający w pierwszych dwóch minutach za kółkiem).

I z każdym dniem coraz bardziej się w niej zakochuję. Pomimo tego, że dach przecieka. Pomimo tego, że lista drobnych rzeczy do zrobienia przy niej ma 20 podpunktów. Pomimo tego, że muszę gonić z łopatą i rozkopywać drogę dojazdową do domu, żebym mogła przejechać. Pomimo tego, że muszę sobie odmawiać teraz większości drobnych przyjemności.

Prowadzi się bajecznie. Rozpędza się bajecznie. Na zakrętach przy suchym asfalcie trzyma się bajecznie. A jeździć bokiem jeszcze nie próbowałam. Ale to tylko kwestia czasu. Choć miałam okazję się już przekonać co się dzieje, gdy próbuję się zbyt gwałtownie ruszyć ze skrzyżowania :D

A tak się składa, że trochę wcześniej M. też kupił sobie beemkę. E34. A tydzień później kupił do niej silnik, 2.8. Zapowiada się dobry sezon. Może trochę mniej pojeździmy po eventach, ale za to może uda nam się trochę więcej podziałać z naszymi samochodami. A planów jest wiele. I jak tylko mam jakąś wolną chwilę to staram się coś zrobić przy mojej, choćby jakąś małą pierdołę. Przy Hondzie nigdy się tak nie zaangażowałam, żeby ją udoskonalać, prawie wszystko skończyło się na planach.



Wracając do początku wpisu, mam moje kabrio już kilka tygodni, otwieram dach kiedy tylko warunki na to pozwalają. A jak popatrzę w górę, często dalej nie dowierzam, że widzę niebo w pełnej okazałości. Nie podsufitkę, nie okienko szyberdachu. I dziwię się ludziom w tych metalowych puszkach, normalnych samochodach.


Już nie jestem w stanie wyobrazić sobie lata bez kabrio. Bez beztroskich przejażdżek z wiatrem we włosach.
Przyszła wiosna, a wraz z nią początek sezonu driftingowego. My rozpoczęliśmy go oglądając w zeszły weekend transmisję online z Formula Drift, ogólnoświatowej ligi, w której po raz pierwszy wystartował nasz polski zawodnik Piotr Więcek i udało mu się dostać do TOP 16. A także znany na pewno fanom Drift Masters, James Dean, który wygrał rundę. Poziom był bardzo wysoki, ale zdziwiła nas krótka trasa (zbyt krótka według nas) i niejasne zasady oceniania przejazdów (kompletnie różne od tego, do czego przyzwyczaiło nas Drift Masters).

A jak już jesteśmy przy Drift Masters oto ich rozkładówka na przyszły sezon:



Zaszło u nich parę zmian w tym sezonie. Najpierw ogłosili, że stają się ligą europejską, co już zrodziło pewne obawy, że rozpierzchną się po Europie i zbyt dużo rund w Polsce nie uraczymy. Później poszła wieść że zamiast dwóch rund w weekend, jedna w sobotę, druga w niedziele, będzie tylko jedna w sobotę, a na piątek będą przypadać treningi. To akurat ogromny minus, bo wiele osób w soboty pracuje... W tym także my. I czasem niedziela była jedynym dniem, kiedy można było jechać na zawody. Nie mogę tego przeboleć. Jednak gdy przedstawili końcem grudnia rozpiskę zawodów, zrekompensowali wszystko.

Przede wszystkim – legendarny Nurburgring, pozycja totalnie obowiązkowa (choć nas chyba nie będzie, zbyt dużo rzeczy nam wypadło w maju, czego strasznie żałuję). Ogromnie cieszę się także, że po rocznej przerwie wrócił Toruń. W Toruniu byłam na pierwszych zawodach, więc mam trochę sentyment, ale przede wszystkim stadion żużlowy zapewnia idealną widoczność na cały tor! Ostatnim razem była to dość skomplikowana i techniczna trasa, liczę że w tym roku będzie podobnie. I kolejny must-have Płock! Tor na stadionie piłkarskim, świetna widoczność z każdego miejsca na trybunach. A w zeszłym roku kupili mnie totalnie efektami ogniowymi i pokazami freestyle motocross.
Najchętniej pojechalibyśmy na wszystkie rundy, ale w tym roku to awykonalne. Liczę, że uda się pojechać chociaż do Torunia i Płocka.

Lecimy dalej – kalendarz Driftingowych Mistrzostw Polski.



Obiecałam sobie, że w tym sezonie musimy przynajmniej raz wybrać się na DMP, bo jakoś w zeszłym było nam nie po drodze. Tylko że w tym roku jakoś też nie siadają nam terminy i lokalizacje. Najchętniej pojechałabym do Kielc, ale pokrywa się to z Drift Masters w Toruniu i Raceismem, których nie chcemy odpuścić. Zobaczymy, nie ma co za bardzo planować. Nawet jeśli nigdzie nie pojedziemy, mam postanowienie oglądać wszystkie rundy online (mam nadzieję, że będzie transmisja!).



Jeśli chodzi o Drift Open (grafika powyżej) też większość lokalizacji jest nam nie po drodze. Jednak zaintrygowała mnie miejscowość Czarna Góra, o której nigdy nie słyszałam. Okazało się, że zlokalizowana jest w okolicach Kłodzka, który już od kilku lat chcę odwiedzić ze względu na liczne atrakcje turystyczne. Kusi też Toruń, bo Torunia nigdy za mało, ale to byłaby już trzecia wycieczka do miasta Kopernika w tym roku. W sumie - czemu nie.

Tradycyjnie także odbędzie się w Karpaczu jedna runda górska King of Europe, czyli King of Touge. 22-23 lipca. Marzy mi się tam wrócić, bo w Karpaczu oglądałam moje pierwsze drifty, jeszcze w czasach, kiedy nie wiedziałam w ogóle o co w tym chodzi. Lepiej – kiedy moja wiedza w temacie motoryzacji była zerowa i średnio się tym interesowałam. Ale podobało mi się, a okolica też warta zobaczenia.

Sezon zapowiada się interesująco. Najchętniej pojechałabym na wszystkie rundy, żeby być na bieżąco, ale to raczej niemożliwe. Więc postaram się w miarę możliwości śledzić transmisje online, bo zależy mi, żeby w tym roku wyjść trochę poza Drift Masters, w którym jestem obcykana i szerzej poznać temat driftingu w Polsce i nie tylko.

Oglądacie? Jeździcie? Kibicujecie?

*

Mam w planach przygotować wpis o zasadach driftingu dla niezorientowanych w temacie :)
Zacznijmy od tego, że tytuł jest trochę przewrotny, bo nienawidzę określenia „kobieca” motoryzacja. I wszelkich pochodnych typu motoryzacja kobiecym okiem, motoryzacja od kobiecej strony i inne. Zresztą odnosi się to do każdej dziedziny. Jak słyszę o czymś takim jak kursy programowania dla kobiet to mnie krew zalewa. Nie lubię takiej kategoryzacji.

Jednak muszę się do czego przyznać. Mam jedną cechę, która jest typowo kobieca, a znacznie utrudnia funkcjonowanie na co dzień. Niezdecydowanie. Objawia się w praktycznie każdej dziedzinie mojego życia. Od zakupów w sklepie – potrafię pięć minut chodzić wzdłuż półki wybierając wodę mineralną, poprzez wybór filmu do oglądania, co kończyło się zazwyczaj nie obejrzeniem niczego (tu z pomocą na szczęście przyszły mi seriale!), kończąc na wyborze tego czym mam jeździć..

Przez cały ubiegły rok wymyśliłam niezliczoną ilość różnych opcji samochodu jakim chcę jeździć. Aktualnie mam Hondę Civic V 1.3 z idealnie zachowaną budą. No, ale jak to 1.3 na gaźniku, brakuje mocy. Już nawet nie chodzi o jakieś szarżowanie po drogach, ale o zwykłe przemieszczanie się na co dzień. W zeszłym roku najbardziej w kość mi dały ciągnące się dziesiątkami kilometrów wzniesienia na Węgrzech i w Chorwacji. Naprawdę szlag człowieka trafia gdy jedzie autostradą i wlecze się prawym pasem 90km/h przez wiele kilometrów bo szybciej się nie da. A jak już się uda rozpędzić, to znów jest większe wzniesienie i trzeba się męczyć, żeby jakoś się na nie wturlać.

Ale wracając do tematu, problem pojawia się gdy trzeba się zdecydować czy sprzedać Hondę i kupić coś innego czy włożyć do niej lepszy silnik. Jeśli sprzedać – co kupić. Jeśli swap – jaki silnik. Pomysłów jest co nie miara, ale utrzymać się dłużej przy jednym z nich – niewykonalne. Przez cały rok krążyły mi po głowie myśli o zakupie Del Solki, Mazdy MX-5 i BMW E36. I co chwilę zmieniałam zdanie na temat tego, które auto będzie tym odpowiednim. W międzyczasie stwierdzałam, że mój Civic jest bardzo dobrą bazą i może warto byłoby zmienić w tym silnik. Myślałam o 2.0 z Accorda, a potem doszłam jeszcze do wniosku, że może trochę pomodzone 1.6 nie byłoby złą opcją. Nie potrzebuję bardzo dużo mocy, 140-150 KM spokojnie by mi starczyły do takiego auta.

Tylko druga sprawą jest też to, że na wiosnę będzie już dwa lata odkąd jeżdżę Civicem i już trochę mi się to auto nudzi. Przede wszystkim jest strasznie niefunkcjonalne. Ubolewam nad brakiem schowków i kieszeni w drzwiach. Schowek jest jeden (teraz na dodatek zepsuty i nie da się go otworzyć). W desce przestrzeni jest tyle, aby zmieścić telefon i paczkę fajek. Nie ma w ogóle miejsca w tunelu na jakieś drobne rzeczy, nie ma miejsca na kubki. To drobiazgi, da się przyzwyczaić, ale na dłuższych trasach takie udogodnienia się przydają. A jakby nie patrzeć w sezonie dość często jeździmy tym autem gdzieś dalej.

To jest mój pierwszy samochód i ciężko jest mi się z nim rozstawać, ale z drugiej strony bardzo chętnie pojeździłabym czymś innym. Szczególnie chciałabym opanować tylny napęd, bo nie miałam zbyt wielu okazji jeździć takim autem, dlatego najbardziej skłaniam się ku BMW. I wychodzę też z założenia, że życie jest za krótkie żeby jeździć zbyt długo jednym samochodem.

Tylko że marzy mi się V-TEC. Ale to może przy kolejnym samochodzie... Czas pokaże.


Pocieszcie mnie i powiedźcie, czy też macie taki problem przy zmianie samochodu? Czy to tylko ja jestem niezdecydowana jak baba? :D
Zadziwiające jest jak z roku na rok coraz szybciej mija czas. 2016 przeminął nie wiadomo kiedy, mimo tego że sporo się u nas działo. I chcemy zrobić wszystko albo w tym roku działo się jeszcze więcej.

Udało nam się w ciągu roku odwiedzić najwięcej imprez motoryzacyjnych w naszej karierze, choć też wiele z tego co mieliśmy zaplanowane nas ominęło. Byliśmy na trzech rundach Drift Masters w Poznaniu, Płocku i Nadarzynie i na jednej Drift Open na Wyrazowie. Odwiedziliśmy kilkanaście imprez tuningowych większego i mniejszego formatu, między innymi w Krakowie, Katowicach i Wrocławiu. Sporo jeździliśmy lokalnie na spoty Nocnej Jazdy z Andrychowa lub Bielska-Białej oraz na Japan Cars Podbeskidzie. A do tego doszło jeszcze parę wyjazdów typowo rekreacyjnych między innymi w okolice Ojcowa, zrobiliśmy sobie jednodniowe wycieczki do Wrocławia i Pragi, oraz wakacje w Chorwacji.

Jednak jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia i już intensywnie pracuję nad kalendarium na rok 2017 <3 Ale o tym może w kolejnym wpisie. Na razie wiele imprez tuningowych nie ma jeszcze wyznaczonych terminów. I też nie ma co planować za dużo na zapas. Zwłaszcza że chcieliśmy w tym roku skupić się bardziej na rozwoju naszych samochodowych projektów, co może się niestety odbić na ilości wyjazdów. Coś za coś, nie można mieć wszystkiego, chyba że wygramy w Totka.

Rok ten był rokiem zmian. Obojgu udało nam się znaleźć nową pracę pozwalającą na rozwój w naszych dziedzinach. Zresztą rozpoczęcie pracy w detailingu uważam za jeden z moich największych osobistych sukcesów minionego roku. Choć im dłużej pracuję tym bardziej sobie uświadamiam jak mało jeszcze umiem. Momentami mnie to totalnie załamuje, ale wolę sobie mówić – ważne, że cały czas jest progres.

W kwestii naszych samochodów nie działo się zbyt wiele. Przynajmniej u mnie. Dalej jeżdżę prawie seryjną Hondą Civic V, mimo licznych planów na nią, nie udało mi się wprowadzić praktycznie żadnych modyfikacji. I sama nie wiem co robić, bo pomysły na mój samochód zmieniają się jak w kalejdoskopie co dwa tygodnie. Na obecną chwilę waham się czy wsadzać do niej 2.0 czy może pomodzone 1.6 a może w ogóle ją sprzedać i kupić BMW. Jak już udaje mi się wybrać jakiś plan, to po dwóch tygodniach stwierdzam, że może zrobię inaczej. I tak w kółko. Ale pewne jest, że muszę coś zmienić, bo tym 1.3 jeździć się nie da, nawet na co dzień jest to niesłychanie uciążliwe.

W Marka działo się trochę więcej. Kupił rozbitego Golfa II za śmieszne pieniądze i sukcesywnie miesiąc w miesiąc dokłada do niego i poprawia kolejne rzeczy. Doczekał się nawet nowego silnika, zamiast seryjnego 1.6 dostał 1.8 z Golfa III. Udało mu się także kupić za absurdalne pieniądze V12 z BMW do remontu, ale to projekt na długie lata, o którym pewnie jeszcze nie raz będziemy wspominać.

Nasza główna misja na 2017 to rozdzielenie wydatków na samochody i wyjazdy w bardziej równych proporcjach. Bo w minionym roku większość pochłonęły wyjazdy co sprawiło, że motoryzacyjnie zbyt dużo się u nas nie działo. Jak na razie wszystko przed nami.


A Wy macie jakieś konkretne plany na 2017 związane z Waszymi samochodami?
Wiele wydarzeń, na które długo czekaliśmy już się odbyło  Za nami już sześć rund Drift Masters, Moto Show Kraków, Hercules Tour, King of Touge w Karpaczu, King of Europe w Kielcach, Dub it (na tych trzech ostatnich niestety nie byliśmy). Ale sezon w pełni, ciągle pozostaje kilka terminów, które warto sobie zarezerwować

Stworzyłam subiektywną listę eventów, które chcielibyśmy jeszcze odwiedzić w tym roku. Wszędzie na pewno nie uda nam się pojechać, ale na kilku na pewno się pojawimy. Przyda się szczególnie dla mieszkańców południowej Polski, bo w tej części mieszkamy i głównie tutaj jeździmy (z reguły w promieniu mniej więcej 300 kilometrów, chyba że jest coś naprawdę wartego uwagi). Zapraszamy do lektury!

LIPIEC

9-10 lipca, Raceism, Wrocław. Nigdy nie byłam, ale odnoszę wrażenie że będzie grubo i będą same dobre projekty. I raczej się nie mylę.

17 lipca, Pogoria Treffen, Dąbrowa Górnicza. Tuningowane samochody, plaża, woda, chillout. Czego więcej potrzeba w gorący letni dzień?

30-31 lipca, Japfest, Wrocław. Coś dla fanów japońskiej motoryzacji. Byłam dwa lata temu, kiedy jeszcze tak bardzo nie kręciły mnie samochody, a tym bardziej nie japońskie (miałam wtedy fazę na BMW), ale i tak mi się podobało. W tym roku bardzo bym się chciała wybrać, żeby podłapać inspiracje, zobaczymy.

SIERPIEŃ

13-14 sierpnia, Trackfest, Toruń. Gymkhana i Gymkhana Drift i Toruń przekonują mnie zupełnie. Nie mam pojęcia jaki będzie poziom tej imprezy, trafiłam na nią przypadkiem, ale zapowiada się całkiem ciekawie. Poza tym, każda okazja jest dobra, żeby odwiedzić Toruń – wszystkim którzy nie byli w Toruniu polecam się wybrać, piękne miasto.

26-27 sierpnia, DMP czyli Driftingowe Mistrzostwa Polski, Kielce. Drifty, drifty - wiadomo, zawsze warto. Jest całkiem spora szansa, że się pojawimy, bo mamy blisko (200km w jedną stronę, co to dla nas...).

WRZESIEŃ

10-11 września, Drift Masters, Ryga. Gdyby nie zaplanowane na wrzesień wakacje od miesiąca polowałabym na tanie bilety lotnicze, żeby tam być.

24-25 września, Drift Masters, Gdańsk. Jak wyżej.

Summer Cars Party, Katowice. Nie znalazłam jeszcze dokładnego terminu. Ponoć planują coś zupełnie nowego na dziesięciolecie wydarzenia, zobaczymy co to będzie i jak wyjdzie. Edycję majowa dobrze wspominam, całkiem sporo atrakcji.

PAŹDZIERNIK

1-2 października, DMP, Poznań. My raczej nie odwiedzimy ponownie Poznania w tym roku, ale kto ma trochę bliżej, polecam. 

8-9 października, finał King of Europe, Slovakia Ring. Dla fanów driftu, zwłaszcza z południowej Polski, to chyba pozycja obowiązkowa. Tor położony jest około 40 kilometrów do Bratysławy – dla mnie idealny pretekst, aby zorganizować sobie weekend w jednej z europejskich stolic. Trochę pozwiedzać i przy okazji obejrzeć finał europejskich mistrzostw w drifcie, połączonych z finałem DMP.

16-15 października, Drift Masters, Płock. Chyba nie trzeba uzasadniać. A jeśli trzeba, to zapraszamy do naszej relacji – link. Liczę na zakończenie sezonu na coś równie spektakularnego.


Wybieracie się może na któreś? Dajcie koniecznie znać!
Gdzie według Was warto jeszcze w tym roku pojechać? Czekamy na Wasze propozycje :) Naszą listę zdominowały wydarzenia związane z driftem, ale chętnie się dowiemy o wszystkich wartych uwagi wydarzeniach motoryzacyjnych.
Sezon zlotowy w pełni. Chcemy, aby nasze dopieszczone auto wyglądało jak najlepiej. Nawet jeśli to zwykła seria to i tak lepiej będzie wyglądać czysta i błyszcząca niż zakurzona, ze śladami po zaschniętej wodzie czy kocimi śladami na masce. Dobrze jeśli jest czas, aby zadbać o swoje auto jak należy, ale na dokładne mycie, woskowanie, nakładanie dressingów trzeba poświęcić trochę czasu, a nie zawsze go mamy.

Zlot za godzinę – co wtedy?

10 minut na myjce bezdotykowej ze wszystkimi programami wystarczy? Zdecydowanie nie. Auto będzie czyste (powiedzmy, myjka bezdotykowa nigdy nie zastąpi mycia ręcznego), ale dla maniaków motoryzacyjnych to zdecydowanie za mało. Ale wystarczy 10-15 minut spędzonych dodatkowo na gonieniu wokół samochodu z mikrofibrą i efekt będzie zadowalający.

Czego potrzebujemy?

Ręcznik do wycierania auta z mikrofibry. W ofertach większości firm detailingowych można znaleźć taki ręcznik. Nie polecę Wam nic konkretnego, bo nie testowałam zbyt wielu, ale używam z Shiny Garage i sprawdza się jak najbardziej. Jest on dość duży i chłonny, spokojnie starczy na wytarcie całego auta.

Dobra mikrofibra. Do lakieru zawsze starajmy się kupować dobrej jakości mikrofibry. Lepiej wydać trochę więcej, a przyjemność pracy zdecydowanie większa, bo mniej czasu potrzebujemy na dokładne dotarcie quick detailera czy wosku, aby nie zostawić smug. A także minimalizujemy ryzyko szkód na lakierze.

Quick Detailer. To taki ekspresowy wosk w płynie, którym można odświeżyć wygląd samochodu. Niektóre dają naprawdę rewelacyjne efekty i trzymają się całkiem długo. Używałam przez pewien czas Morning Dew od Shiny Garage i bardzo mi spasował. A ostatnio jestem zachwycona efektami Spray and Gloss od Poorboy’s World – po jego użyciu Honda przejechała prawie tysiąc kilometrów i była zdecydowanie czystsza niż normalnie po takiej trasie.

Dressing do plastików zewnętrznych plus aplikator. Opcjonalnie. Można użyć quick detailera albo całkiem pominąć.

Dressing do opon. Obowiązkowo. Najlepiej taki w sprayu. Utrzymuje się krócej niż ten wcierany w opony, ale nakłada się go zdecydowanie szybciej. I nie ma się po nim tłustych palców jak w przypadku dressingu w żelu. Używałam z Sonaxa i nie narzekałam. Nie ma nic gorszego niż czarne felgi i szare opony! Oczywiście szare opony przy każdym kolorze felg wyglądają źle, ale to taki skrajny przykład.

Zaczynamy!

Myjemy dokładnie auto na myjce bezdotykowej. Wystarczą dwa programy – mycie mikroproszkiem i nabłyszczanie (spłukiwanie) wodą zdemineralizowaną, ale trzeba się przyłożyć i wykonać wszystko dokładnie. Jeśli jest opcja użycia piany aktywnej warto skorzystać, trzeba tylko pamiętać, aby nałożyć ją dokładnie na całe auto i pozostawić na kilka minut. Potem odjeżdżamy na parking obok, aby nie zajmować stanowiska na myjce i do dzieła.

Wycieramy auto ręcznikiem do sucha. Pryskamy quick detailerm element po elemencie, rozcieramy fibrą tak, żeby nie było smug. Niektóre quick detailery możemy używać już na mokrym aucie, więc zaoszczędzamy trochę czasu i pracy. Możemy tego użyć także do felg, ale wtedy zadbajmy o osobną fibrę. Czernimy opony sprayem. Opcjonalnie nakładamy na plastiki zewnętrzne dressing i gotowe. Można jechać na zlot.
Nasz rekord to niecałe 10 minut w dwie osoby, razem z myciem.

Ważne! Nie dociskamy ręcznika do karoserii. Wystarczy go lekko przesuwać po lakierze. Należy bardzo zwracać uwagę czy na samochodzie lub w ręczniku nie zaplątały się jakieś drobne luźne śmieci, aby nie przeciągnąć ich po lakierze (będą rysy!).

Zdecydowanie nie polecam tej metody samochodom wypolerowanym na lustro. Żadna myjka bezdotykowa nie umyje auta tak dokładnie jak mycie ręczne. A brud na lakierze, nawet ten mało widoczny, przeciągnięty po lakierze będzie powodował mikrorysy.


To gdzie widzimy się na zlocie?
Mieliśmy nie jechać na kolejną rundę do Warszawy, ale w ostatnim momencie Marek mi zrobił niespodziankę i kupił bilety. Wybraliśmy rundę nocną w sobotę oczekując podobnych fajerwerków co w Płocku. Zwłaszcza, że bilety były też o wiele droższe, za jeden dzień na trybunach zapłaciliśmy 45zł (w Płocku za dwa dni - 35zł). A z miejsc innych niż na trybunach widoczność była naprawdę słaba. Ciekawi jesteśmy czy to jednorazowa zmiana w cenniku, czy już na stałe. Do tego parking 20zł za dzień.

Zawody odbyły się w Nadarzynie obok Warszawy na placu przed Ptak Warsaw Expo pokrytym kostką brukową.

Przyjechaliśmy dopiero koło 20, więc prawie tak, aby zdążyć spokojnie zająć miejsce do obejrzenia zawodów. Niestety nie udało mi się zrobić żadnych sensownych zdjęć, ze względu na sztuczne oświetlenie placu. Były także efekty specjalne w postaci ognia i dymu buchających przy przejazdach, ale nie robiły już tak dużego wrażenia jak w Płocku. Swój pokaz wyczynów na motocyklach dali także FRS Zamość.

Na szczególną uwagę zasługuje tor przejazdu zaprojektowany przez Jamesa Deana, dwukrotnego zwycięscy ligi AllStars Championship, uważanego za jednego z najlepszych drifterów w Europie. Od jakiegoś czasu współpracuje z Budmat Auto Drift Team i startuje w każdej rundzie Drift Masters.


Same zawody wydaja mi się trochę słabsze niż w Płocku, ale tor był naprawdę wymagający, dużo było odprostowań, dwóch albo trzech zawodników nie wystartowało w ogóle ze względu na awarie techniczne. Jednak nie zabrakło kilku naprawdę emocjonujących przejazdów, na czele z przejazdem Jamesa Deana z Piotrkiem Więckiem. To był najlepszy przejazd jaki do tej pory widziałam na żywo, MUSICIE to zobaczyć. Dla tego jednego przejazdu warto było przyjechać na zawody. Polecam obejrzeć:


Bardzo zadowolona jestem także z drugiego miejsca zajętego przez Adama Zalewskiego, od kilku rund gorąco mu kibicuję i cieszę się, że udało mi się wreszcie stanąć na podium. Chłopak jest młody (16 lat) i ma ogromny potencjał, skoro już teraz wyczynia takie rzeczy na torze i startuje z najlepszymi. Pierwsze i trzecie miejsce zajęli odpowiednio – Piotr Więcek i Dawid Karkosik, też zdecydowanie zasłużenie.

Po raz pierwszy startowała także w zawodach Karolina Pilarczyk, co prawda nie udało jej się dostać do TOP16, ale mimo problemów z samochodem, udało jej się zdobyć licencję Drift Masters, więc liczę, że uda się ją zobaczyć w kolejnych zawodach! Jeszcze nie miałam okazji oglądać jej przejazdów na żywo, a od dawna obserwuję jej poczynania.


Wrzucam dla przypomnienia rozpiskę zawodów na sezon 2016. Najbliższe odbędą się nie w Łodzi jak miałam nadzieję, a w Mikołajkach, co trochę zmienia postać rzeczy. Dla nas jest to o wiele dalej i raczej nie ma szans żeby się tam pojawić. Ale kto ma bliżej niż 550km w jedną stronę to polecam przyjechać i obejrzeć zawody :)