Ostatnie posty

W tym roku postanowiliśmy spędzić czas na Hercules Tour tak jak się należy, przyjechać na dłużej niż jeden dzień, rozłożyć się z grillem i chillować się w otoczeniu ładnych samochodów. Prawie się udało, bo mieliśmy przyjechać w sobotę po południu, ale ze względu na pracę udało nam się dotrzeć dopiero wieczorem.

Wieczorem zresztą impreza trwała w najlepsze, wzdłuż drogi rozstawiły się tłumy ludzi a kierowcy popisywali się swoimi umiejętnościami. Ogólnie, chaos i anarchia dla osoby z zewnątrz, samochodów tyle że nie da się przejechać, pijani ludzi wychodzący spomiędzy samochodów. Mieliśmy tam pojechać po zakwaterowaniu, ale byliśmy już zbyt zmęczeni.

Rano po zaopatrzeniu się w prowiant niezbędny na grilla oraz odpicowaniu auta na myjni bezdotykowej udaliśmy się na miejsce. Drogi w tamtych okolicach wzdłuż skał wapiennych są niezwykle malownicze, przejażdżka wzdłuż nich to sama przyjemność. Rozstawiliśmy się na głównym parkingu przy zajeździe Wernyhora, aby być w centrum wszystkiego.


Pierwsze co zwróciło moją uwagę to stoisko z kosmetykami samochodowymi :D Niestety nie byłam akurat na kupnie niczego, co mieli w ofercie. Pooglądaliśmy samochody na parkingu, na kilku można było zawiesić oko na dłużej.

 Szczególnie urzekł na lakier na Audi, na żywo w słońcu wygląda nieziemsko. 


A także przód w e30, szkoda tylko że touring.


A ta ręka na żywo wyglądała bardzo realistycznie.


Wybraliśmy się potem na krótki spacer w stronę Maczugi Herculesa. W Pieskowej Skale tego dnia był niekończący się korek. Po powrocie przyszedł czas na rozpalenie grilla i beztroskie nic nie robienie.



W między czasie wszyscy na drodze zaczęli konkretnie upalać opony i przez następne kilka godzin dym unosił się bezustannie. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że to pożar.



Po grillowaniu zebraliśmy manatki i po krótkiej przejażdżce tam i z powrotem tą piękną trasą udaliśmy się do domu. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Moto Show Andrychów, ale już było zbyt późno. Niefortunnie też wybrałam drogę powrotną z Zatora na Andrychów przez Wieprz. Była tak wyboista, że w połowie myślałam, że się zatrzymam i dalej nie pojadę. Wybór trasy przejazdu, tak aby nie haratać cały czas podłużnicami o asfalt okazał się nie lada wyzwaniem. Ale przynajmniej już wiem, że więcej tamtędy nie pojadę ;) Swoją drogą przydała by się specjalna aplikacja dla samochodów na glebie pokazująca progi zwalniające i dziurawe drogi, nie sądzicie?
Mimo niesprzyjających warunków pogodowych sezon tuningowy możemy uznać za rozpoczęty. Część z Was ma już pewnie uzupełniony kalendarz obowiązkowych imprez, na których się pojawi. Spóźnialscy jeszcze dopieszczają swoje projekty, aby móc się pokazać  tego lata. Inni ze zniecierpliwieniem wyczekują ulubionych eventów w poszukiwaniu inspiracji.

Z góry zaznaczam, że ten wpis nie jest kompletnym przewodnikiem po wydarzeniach tego sezonu. Wręcz przeciwnie. Wymieniam w nim tylko kilka imprez na których byłam w poprzednich latach lub które bardzo chciałabym odwiedzić. Do tej pory bywałam głównie w charakterze widza, jednak po cichu liczę, że w tym roku może uda się wjechać gdzieś swoim samochodem. Gorąco zachęcam Was do polecania miejsc, gdzie jeszcze warto pojechać :)


A oto moje prywatne zestawienie.

Hercules Tour 12-14 maja

Impreza jedyna w swoim rodzaju. Ciekawe projekty tuningowe w krajobrazie niezwykle malowniczego Parku Ojcowskiego. Impreza ma luźny charakter grill&chill, gdzie drogą wśród wapiennych formacji przejeżdżają ciekawe projekty. Byle tylko pogoda się udała!

Moto Show Kraków 20-21 maja

Byłam już dwukrotnie i nie zawiodłam się. W strefie tuningowej jest na czym zawiesić oko. A w przerwach między obchodami po hali i pokazami driftów można zawitać na Wojnę Północ-Południe, gdzie właściciele opowiadają o swoich projektach. Mam nadzieję, że pomimo moich coraz większych wymagań, nie zawiodę się w tym roku.

Dub it 1-2 lipca

Wybierałam się w poprzednim roku, niestety nie wyszło. Jednak sądząc po filmikach i relacjach, konkretna impreza. Więc w tym roku punkt obowiązkowy.

Raceism 8-9 lipca

Wisienka na torcie. Nie mogę odżałować, że w poprzednim roku nie byłam. A w tym, choćby się waliło i paliło, muszę przyjechać do Wrocławia. Na Raceismie zobaczycie projekty jakich nie spotkacie nigdzie indziej. Już nie mogę się doczekać!

Japfest 28-30 lipca

Duża impreza dla fanów japońskiej motoryzacji. Byłam dwukrotnie i polecam. Są ciekawe projekty, są drifty, są wyścigi. Co prawda w tym roku raczej nie planuję, bo jakoś mi nie po drodze (czyżby dlatego, że nie mam już Hondy? :D)

Summer Cars Party 2-3 września

Duża impreza z wieloma atrakcjami, ciężko tam się nudzić, bo cały czas coś się dzieje. Nie jest to impreza nastawiona tylko na konkretne projekty, ale sporo perełek można wypatrzyć i atmosfera jest świetna.



Co jeszcze możecie polecić? Na jakich imprezach byliście i się podobało? Liczę na odzew. Sama mam ogrom imprez zapisanych w kalendarzu, ale wiem ze na wszystkich nie uda mi się być, dlatego liczę na jakieś podpowiedzi :)
Materiałowe dachy cabrio wymagają szczególnej pielęgnacji. Nie jest łatwo utrzymać dach tego typu w czystości, bo zanieczyszczenia wnikają w jego strukturę. Niewygodnie się go myje go rękawicą czy gąbką, a szczotkowanie przy każdym myciu może być uciążliwe. Dachy w kabrioletach niestety też często przeciekają na łączeniach pod naporem dużej ilości wody, więc po myciu możemy mieć wodę na każdym fotelu.

Nowy dach kosztuje niemało, dlatego, jeśli jest w dobrym stanie, należy o niego odpowiednio dbać. Dlatego tak ważne jest regularne czyszczenie i impregnacja. Zaimpregnowany dach lepiej odpycha wodę i brud, dlatego łatwiej jest go utrzymać w czystości.

Co jest nam potrzebne, aby zaimpregnować dach?

Przede wszystkim trochę wolnego czasu i miejsce w garażu.
A poza tym:
- myjka ciśnieniowa lub wąż ogrodowy
- preparat do czyszczenia dachu (może być dedykowany, ale sprawdzi się także APC w odpowiednim stężeniu, ja na mój mało zabrudzony dach użyłam APC Poorboy’sa 1:10)
- preparat do impregnacji (tu wybór jest dość szeroki, ja zdecydowałam się na Nanolexa, ale poważnie zastanawiałam się także nad GTechniqiem, Gyeonem i Sonaxem, które pewnie przetestuję następnym razem)
- szczoteczka, najlepiej z trochę twardszym włosiem
- folia malarska


Zacząć musimy od dokładnego wyczyszczenia dachu. Najlepiej zmoczyć go wodą na początek, aby wygodniej się pracowało. Łatwiej rozprowadza się wtedy chemię do czyszczenia. Psikamy preparatem na dach i czyścimy kawałek po kawałku. Warto szczególną uwagę zwrócić na przeszycia na brzegach, tam gromadzi się bardzo dużo brudu, a nierzadko zaczyna rosnąć mech :D Staramy się nie dopuścić do zaschnięcia chemii, można wyczyścić pół dachu, spłukać i zabrać się za drugie pół. Polecam wyczyścić całość dwukrotnie, aby potem nie było rozczarowania, jak wyschnie, że jest dalej brudny. Jak już mamy wyszczotkowany, spłukujemy dokładnie wodą pod niskim ciśnieniem.




Bardzo ważne, aby nie potraktować materiału zbyt wysokim ciśnieniem, bo można go wtedy uszkodzić.Włókna materiału się podniosą i będzie widać ślady od strumienia wody.

Teraz musimy zaczekać aby materiał całkowicie wyschnął, może to trochę trwać, w zależności od warunków, więc radzę znaleźć sobie inne zajęcie na połowę dnia albo przyjść na następny dzień.


Po wyschnięciu dachu może was zastać coś takiego.
Wydaje mi się, że to babie lato albo coś podobnego, co naleciało z drzew. Próbowałam to potraktować gumową szczotką na sierść, ale szło bardzo opornie. Za to po wstępnym przeszczotkowaniu, odkurzacz poradził sobie bez problemu.

Jak już mamy całkiem czysty i pozbawiony śmieci dach możemy zabrać się za oklejanie. Nie jest to konieczne, ale zajmuje chwilę i znacznie ułatwia pracę. Jeśli nie oklejacie samochodu, musicie pamiętać, aby wszystko co naleci Wam na szyby czy lakier od razu wytrzeć. Warto wtedy zakleić chociaż samą pleksę.

Przy używaniu tego typu impregnatów powinno się używać maski ochronnej z filtrem węglowym. Zadbajcie także o dobrą wentylację w pomieszczeniu.

Ja maski nie miałam, więc starając się nie wdychać oparów trochę się nagoniłam. Owinęłam usta i nos chustką i staram się pracować na wdechu co chwilę wybiegając na zewnątrz, żeby zaczerpnąć powietrza. Raz czy dwa wzięłam oddech w tych oparach i uwierzcie mi, nie chcielibyście mieć tego w płucach. BHP na 50%, ale myślę, że lepiej tak niż oddychać przez parę minut tą chemią.


Aplikacja akurat w przypadku Nanolexa jest banalnie prosta, pryskamy miejsce w miejsce cały dach. Na e36 zeszła mi prawie cała buteleczka 200ml.

Wietrzymy dobrze pomieszczenie i zostawiamy samochód w garażu minimum na 12, a najlepiej na 24h. Ot i wszystko.
Możecie mi podpowiedzieć jakie wpisy z zakresu detailingu by Was najbardziej interesowały :)


Zacznę tak trochę górnolotnie. Ten wpis jest o tym, że marzenia się NIE spełniają. Marzenia się spełnia. Własną pracą, własnymi decyzjami i wyrzeczeniami. Nic się samo nie dzieje. Same od siebie mogą nastąpić sprzyjające zbiegi okoliczności, które trzeba wykorzystywać do maksimum.



Pewnego dnia stwierdziłam, że muszę wreszcie coś zrobić ze swoim życiem. I postanowiłam kupić BMW.

Beemka marzyła mi się od początku mojej przygody z motoryzacją, zresztą od tej marki się ona zaczęła. Było to pierwsze auto, które zaczęłam rozpoznawać na ulicy nie widząc znaczka. Nie wiem dlaczego tak wyszło, że na pierwszy samochód kupiłam sobie akurat Hondę Civic, ale myślę że nie mam czego żałować (może poza tym, że nie miałam V-TECa pod maską). Mogłabym żałować gdyby padło na Opla Tigrę, bo to był mój pierwszy pomysł, na szczęście szybko mi przeszło. I nie muszę się wstydzić za to, że moim pierwszym samochodem była Tigra. Choć teoretycznie, nie miałabym czego, bo każdy mi mówił, że to fajne auto dla kobiety. Też tak myślę, ale w moim motoryzacyjnym CV nie ma miejsca dla Tigry. Życie jest zbyt krótkie, aby jeździć samochodami, które są dobre „dla kobiet”, tak w stereotypowym założeniu.

Zawsze też marzył mi się kabriolet. Jednak wydawało mi się to marzenie totalnie nierealne i abstrakcyjne. Tych z kategorii nie do spełnienia albo kiedyś, w odległej przyszłości, gdy już będę bardzo bogata. Chciałam mieć kabrio, ale nigdy tak naprawdę nie sądziłam, że kiedyś kupię sobie taki samochód.

A później stwierdziłam, że raz się żyje.
I muszę kupić sobie BMW.
W cabrio.
Wymarzone E36.
I gdy już to postanowiłam, nic nie było w stanie mi wybić tego z głowy. Mimo iż istniało mnóstwo racjonalnych argumentów za tym, że wybór kabrioleta to nie najlepsza opcja. Zaczęłam intensywnie przeglądać wszystkie ogłoszenia, niektóre czytałam po kilkadziesiąt razy. A nie było tego dużo, bo na całą Polskę znalazłam nie więcej niż trzydzieści egzemplarzy. Przez kilka tygodni czekałam aż trafi się coś naprawdę godnego uwagi, bo też budżetu jak na ten model, nie miałam zbyt wielkiego.



Aż znalazłam jeden wymarzony egzemplarz, na który pieniądze próbowałam wytrzasąć z pod ziemi. Nie udało się. Ale cały czas obserwowałam czy nikt jej nie kupił, parę razy dziennie wchodziłam na ogłoszenie. Cały czas aktualne. I im dłużej czekałam, tym bardziej miałam wrażenie, że nie jest to taka okazja jak się wydaje. Coraz więcej rzeczy zaczęło mi nie pasować. A to 1.8is, który nie szedł fabrycznie w cabrio, a to oznaczenie 320 na klapie mimo silnika 1.8, a to podejrzanie idealny stan jak na tą cenę. Trafił się inny egzemplarz, ładnie odrobiony, gwint HR, nowa szyba i pleksa w dachu, nowe sprzęgło, ale odrzuciłam go prawie od razu, bo trochę za drogi. Cały czas jednak siedział mi w głowie, bo wychodzę z założenia, że wolę dać trochę więcej za auto i kupić coś porządnego niż zapłacić mniej i mieć na starcie długą listę rzeczy do wymiany. I postanowiłam. Jechałam po nią 300 kilometrów w jedną stronę. Kupiłam, nie wierząc w to co się dzieje, trochę z żalem, że tak krótko mogłam się nacieszyć plikiem banknotów, który nie mieścił mi się w portfelu, najbardziej przejmując się tym jak ja zajadę do domu na tak niskim zawiasie (a przywaliłam podłogą o niski próg zwalniający w pierwszych dwóch minutach za kółkiem).

I z każdym dniem coraz bardziej się w niej zakochuję. Pomimo tego, że dach przecieka. Pomimo tego, że lista drobnych rzeczy do zrobienia przy niej ma 20 podpunktów. Pomimo tego, że muszę gonić z łopatą i rozkopywać drogę dojazdową do domu, żebym mogła przejechać. Pomimo tego, że muszę sobie odmawiać teraz większości drobnych przyjemności.

Prowadzi się bajecznie. Rozpędza się bajecznie. Na zakrętach przy suchym asfalcie trzyma się bajecznie. A jeździć bokiem jeszcze nie próbowałam. Ale to tylko kwestia czasu. Choć miałam okazję się już przekonać co się dzieje, gdy próbuję się zbyt gwałtownie ruszyć ze skrzyżowania :D

A tak się składa, że trochę wcześniej M. też kupił sobie beemkę. E34. A tydzień później kupił do niej silnik, 2.8. Zapowiada się dobry sezon. Może trochę mniej pojeździmy po eventach, ale za to może uda nam się trochę więcej podziałać z naszymi samochodami. A planów jest wiele. I jak tylko mam jakąś wolną chwilę to staram się coś zrobić przy mojej, choćby jakąś małą pierdołę. Przy Hondzie nigdy się tak nie zaangażowałam, żeby ją udoskonalać, prawie wszystko skończyło się na planach.



Wracając do początku wpisu, mam moje kabrio już kilka tygodni, otwieram dach kiedy tylko warunki na to pozwalają. A jak popatrzę w górę, często dalej nie dowierzam, że widzę niebo w pełnej okazałości. Nie podsufitkę, nie okienko szyberdachu. I dziwię się ludziom w tych metalowych puszkach, normalnych samochodach.


Już nie jestem w stanie wyobrazić sobie lata bez kabrio. Bez beztroskich przejażdżek z wiatrem we włosach.
Przyszła wiosna, a wraz z nią początek sezonu driftingowego. My rozpoczęliśmy go oglądając w zeszły weekend transmisję online z Formula Drift, ogólnoświatowej ligi, w której po raz pierwszy wystartował nasz polski zawodnik Piotr Więcek i udało mu się dostać do TOP 16. A także znany na pewno fanom Drift Masters, James Dean, który wygrał rundę. Poziom był bardzo wysoki, ale zdziwiła nas krótka trasa (zbyt krótka według nas) i niejasne zasady oceniania przejazdów (kompletnie różne od tego, do czego przyzwyczaiło nas Drift Masters).

A jak już jesteśmy przy Drift Masters oto ich rozkładówka na przyszły sezon:



Zaszło u nich parę zmian w tym sezonie. Najpierw ogłosili, że stają się ligą europejską, co już zrodziło pewne obawy, że rozpierzchną się po Europie i zbyt dużo rund w Polsce nie uraczymy. Później poszła wieść że zamiast dwóch rund w weekend, jedna w sobotę, druga w niedziele, będzie tylko jedna w sobotę, a na piątek będą przypadać treningi. To akurat ogromny minus, bo wiele osób w soboty pracuje... W tym także my. I czasem niedziela była jedynym dniem, kiedy można było jechać na zawody. Nie mogę tego przeboleć. Jednak gdy przedstawili końcem grudnia rozpiskę zawodów, zrekompensowali wszystko.

Przede wszystkim – legendarny Nurburgring, pozycja totalnie obowiązkowa (choć nas chyba nie będzie, zbyt dużo rzeczy nam wypadło w maju, czego strasznie żałuję). Ogromnie cieszę się także, że po rocznej przerwie wrócił Toruń. W Toruniu byłam na pierwszych zawodach, więc mam trochę sentyment, ale przede wszystkim stadion żużlowy zapewnia idealną widoczność na cały tor! Ostatnim razem była to dość skomplikowana i techniczna trasa, liczę że w tym roku będzie podobnie. I kolejny must-have Płock! Tor na stadionie piłkarskim, świetna widoczność z każdego miejsca na trybunach. A w zeszłym roku kupili mnie totalnie efektami ogniowymi i pokazami freestyle motocross.
Najchętniej pojechalibyśmy na wszystkie rundy, ale w tym roku to awykonalne. Liczę, że uda się pojechać chociaż do Torunia i Płocka.

Lecimy dalej – kalendarz Driftingowych Mistrzostw Polski.



Obiecałam sobie, że w tym sezonie musimy przynajmniej raz wybrać się na DMP, bo jakoś w zeszłym było nam nie po drodze. Tylko że w tym roku jakoś też nie siadają nam terminy i lokalizacje. Najchętniej pojechałabym do Kielc, ale pokrywa się to z Drift Masters w Toruniu i Raceismem, których nie chcemy odpuścić. Zobaczymy, nie ma co za bardzo planować. Nawet jeśli nigdzie nie pojedziemy, mam postanowienie oglądać wszystkie rundy online (mam nadzieję, że będzie transmisja!).



Jeśli chodzi o Drift Open (grafika powyżej) też większość lokalizacji jest nam nie po drodze. Jednak zaintrygowała mnie miejscowość Czarna Góra, o której nigdy nie słyszałam. Okazało się, że zlokalizowana jest w okolicach Kłodzka, który już od kilku lat chcę odwiedzić ze względu na liczne atrakcje turystyczne. Kusi też Toruń, bo Torunia nigdy za mało, ale to byłaby już trzecia wycieczka do miasta Kopernika w tym roku. W sumie - czemu nie.

Tradycyjnie także odbędzie się w Karpaczu jedna runda górska King of Europe, czyli King of Touge. 22-23 lipca. Marzy mi się tam wrócić, bo w Karpaczu oglądałam moje pierwsze drifty, jeszcze w czasach, kiedy nie wiedziałam w ogóle o co w tym chodzi. Lepiej – kiedy moja wiedza w temacie motoryzacji była zerowa i średnio się tym interesowałam. Ale podobało mi się, a okolica też warta zobaczenia.

Sezon zapowiada się interesująco. Najchętniej pojechałabym na wszystkie rundy, żeby być na bieżąco, ale to raczej niemożliwe. Więc postaram się w miarę możliwości śledzić transmisje online, bo zależy mi, żeby w tym roku wyjść trochę poza Drift Masters, w którym jestem obcykana i szerzej poznać temat driftingu w Polsce i nie tylko.

Oglądacie? Jeździcie? Kibicujecie?

*

Mam w planach przygotować wpis o zasadach driftingu dla niezorientowanych w temacie :)
Zacznijmy od tego, że tytuł jest trochę przewrotny, bo nienawidzę określenia „kobieca” motoryzacja. I wszelkich pochodnych typu motoryzacja kobiecym okiem, motoryzacja od kobiecej strony i inne. Zresztą odnosi się to do każdej dziedziny. Jak słyszę o czymś takim jak kursy programowania dla kobiet to mnie krew zalewa. Nie lubię takiej kategoryzacji.

Jednak muszę się do czego przyznać. Mam jedną cechę, która jest typowo kobieca, a znacznie utrudnia funkcjonowanie na co dzień. Niezdecydowanie. Objawia się w praktycznie każdej dziedzinie mojego życia. Od zakupów w sklepie – potrafię pięć minut chodzić wzdłuż półki wybierając wodę mineralną, poprzez wybór filmu do oglądania, co kończyło się zazwyczaj nie obejrzeniem niczego (tu z pomocą na szczęście przyszły mi seriale!), kończąc na wyborze tego czym mam jeździć..

Przez cały ubiegły rok wymyśliłam niezliczoną ilość różnych opcji samochodu jakim chcę jeździć. Aktualnie mam Hondę Civic V 1.3 z idealnie zachowaną budą. No, ale jak to 1.3 na gaźniku, brakuje mocy. Już nawet nie chodzi o jakieś szarżowanie po drogach, ale o zwykłe przemieszczanie się na co dzień. W zeszłym roku najbardziej w kość mi dały ciągnące się dziesiątkami kilometrów wzniesienia na Węgrzech i w Chorwacji. Naprawdę szlag człowieka trafia gdy jedzie autostradą i wlecze się prawym pasem 90km/h przez wiele kilometrów bo szybciej się nie da. A jak już się uda rozpędzić, to znów jest większe wzniesienie i trzeba się męczyć, żeby jakoś się na nie wturlać.

Ale wracając do tematu, problem pojawia się gdy trzeba się zdecydować czy sprzedać Hondę i kupić coś innego czy włożyć do niej lepszy silnik. Jeśli sprzedać – co kupić. Jeśli swap – jaki silnik. Pomysłów jest co nie miara, ale utrzymać się dłużej przy jednym z nich – niewykonalne. Przez cały rok krążyły mi po głowie myśli o zakupie Del Solki, Mazdy MX-5 i BMW E36. I co chwilę zmieniałam zdanie na temat tego, które auto będzie tym odpowiednim. W międzyczasie stwierdzałam, że mój Civic jest bardzo dobrą bazą i może warto byłoby zmienić w tym silnik. Myślałam o 2.0 z Accorda, a potem doszłam jeszcze do wniosku, że może trochę pomodzone 1.6 nie byłoby złą opcją. Nie potrzebuję bardzo dużo mocy, 140-150 KM spokojnie by mi starczyły do takiego auta.

Tylko druga sprawą jest też to, że na wiosnę będzie już dwa lata odkąd jeżdżę Civicem i już trochę mi się to auto nudzi. Przede wszystkim jest strasznie niefunkcjonalne. Ubolewam nad brakiem schowków i kieszeni w drzwiach. Schowek jest jeden (teraz na dodatek zepsuty i nie da się go otworzyć). W desce przestrzeni jest tyle, aby zmieścić telefon i paczkę fajek. Nie ma w ogóle miejsca w tunelu na jakieś drobne rzeczy, nie ma miejsca na kubki. To drobiazgi, da się przyzwyczaić, ale na dłuższych trasach takie udogodnienia się przydają. A jakby nie patrzeć w sezonie dość często jeździmy tym autem gdzieś dalej.

To jest mój pierwszy samochód i ciężko jest mi się z nim rozstawać, ale z drugiej strony bardzo chętnie pojeździłabym czymś innym. Szczególnie chciałabym opanować tylny napęd, bo nie miałam zbyt wielu okazji jeździć takim autem, dlatego najbardziej skłaniam się ku BMW. I wychodzę też z założenia, że życie jest za krótkie żeby jeździć zbyt długo jednym samochodem.

Tylko że marzy mi się V-TEC. Ale to może przy kolejnym samochodzie... Czas pokaże.


Pocieszcie mnie i powiedźcie, czy też macie taki problem przy zmianie samochodu? Czy to tylko ja jestem niezdecydowana jak baba? :D
Zadziwiające jest jak z roku na rok coraz szybciej mija czas. 2016 przeminął nie wiadomo kiedy, mimo tego że sporo się u nas działo. I chcemy zrobić wszystko albo w tym roku działo się jeszcze więcej.

Udało nam się w ciągu roku odwiedzić najwięcej imprez motoryzacyjnych w naszej karierze, choć też wiele z tego co mieliśmy zaplanowane nas ominęło. Byliśmy na trzech rundach Drift Masters w Poznaniu, Płocku i Nadarzynie i na jednej Drift Open na Wyrazowie. Odwiedziliśmy kilkanaście imprez tuningowych większego i mniejszego formatu, między innymi w Krakowie, Katowicach i Wrocławiu. Sporo jeździliśmy lokalnie na spoty Nocnej Jazdy z Andrychowa lub Bielska-Białej oraz na Japan Cars Podbeskidzie. A do tego doszło jeszcze parę wyjazdów typowo rekreacyjnych między innymi w okolice Ojcowa, zrobiliśmy sobie jednodniowe wycieczki do Wrocławia i Pragi, oraz wakacje w Chorwacji.

Jednak jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia i już intensywnie pracuję nad kalendarium na rok 2017 <3 Ale o tym może w kolejnym wpisie. Na razie wiele imprez tuningowych nie ma jeszcze wyznaczonych terminów. I też nie ma co planować za dużo na zapas. Zwłaszcza że chcieliśmy w tym roku skupić się bardziej na rozwoju naszych samochodowych projektów, co może się niestety odbić na ilości wyjazdów. Coś za coś, nie można mieć wszystkiego, chyba że wygramy w Totka.

Rok ten był rokiem zmian. Obojgu udało nam się znaleźć nową pracę pozwalającą na rozwój w naszych dziedzinach. Zresztą rozpoczęcie pracy w detailingu uważam za jeden z moich największych osobistych sukcesów minionego roku. Choć im dłużej pracuję tym bardziej sobie uświadamiam jak mało jeszcze umiem. Momentami mnie to totalnie załamuje, ale wolę sobie mówić – ważne, że cały czas jest progres.

W kwestii naszych samochodów nie działo się zbyt wiele. Przynajmniej u mnie. Dalej jeżdżę prawie seryjną Hondą Civic V, mimo licznych planów na nią, nie udało mi się wprowadzić praktycznie żadnych modyfikacji. I sama nie wiem co robić, bo pomysły na mój samochód zmieniają się jak w kalejdoskopie co dwa tygodnie. Na obecną chwilę waham się czy wsadzać do niej 2.0 czy może pomodzone 1.6 a może w ogóle ją sprzedać i kupić BMW. Jak już udaje mi się wybrać jakiś plan, to po dwóch tygodniach stwierdzam, że może zrobię inaczej. I tak w kółko. Ale pewne jest, że muszę coś zmienić, bo tym 1.3 jeździć się nie da, nawet na co dzień jest to niesłychanie uciążliwe.

W Marka działo się trochę więcej. Kupił rozbitego Golfa II za śmieszne pieniądze i sukcesywnie miesiąc w miesiąc dokłada do niego i poprawia kolejne rzeczy. Doczekał się nawet nowego silnika, zamiast seryjnego 1.6 dostał 1.8 z Golfa III. Udało mu się także kupić za absurdalne pieniądze V12 z BMW do remontu, ale to projekt na długie lata, o którym pewnie jeszcze nie raz będziemy wspominać.

Nasza główna misja na 2017 to rozdzielenie wydatków na samochody i wyjazdy w bardziej równych proporcjach. Bo w minionym roku większość pochłonęły wyjazdy co sprawiło, że motoryzacyjnie zbyt dużo się u nas nie działo. Jak na razie wszystko przed nami.


A Wy macie jakieś konkretne plany na 2017 związane z Waszymi samochodami?