Ostatnie posty

Na początku chciałam Wam powiedzieć, że jestem psychofanką wszystkich quick detailerów oraz wosków w spray’u. Na normalne woskowanie rzadko kiedy mam czas, ale żeby oblecieć auto quickiem po każdym myciu zawsze znajdzie się chwila.

Chciałam Wam przedstawić mój ulubiony produkt ostatniego miesiąca, nowość ADBLa, która już niedługo wejdzie na rynek – Synthetic Spray Wax. Odkąd go zaaplikowałam nie mogę się przestać nazachwycać. A przy każdym myciu czy deszczu jestem tak samo zaskoczona jak na początku.

Synthetic Spray Wax to syntetyczny wosk w spray’u, czyli quick wax. Quick detailery od quick waxów odróżnia przede wszystkim trwałość i łatwość aplikacji. Te pierwsze są mniej trwałe i z reguły nie wymagają tyle pracy przy docieraniu, jednak jest to ogólne rozróżnienie i są od niego wyjątki.

Produkt ADBLa jest quick waxem, który jest banalny w aplikacji. Nie trzeba się zbytnio natrudzić, aby go rozetrzeć, nie tworzą się żadne mazy czy smugi. Nakładanie jest szybkie i bezproblemowe. Dodatkowo ma rewelacyjny zapach gumy balonowej, który bardzo umila pracę. Przez cały czas trwania testu miałam problem się powstrzymać, aby nie nałożyć kolejnej warstwy.


Spryskujemy niewielką ilością lakier albo mikrofibrę, rozprowadzamy po elemencie, następnie drugą, suchą stroną mikrofibry docieramy. Pamiętajcie tylko, aby stosować go na czysty lakier, najlepiej po myciu ręcznym (gąbką albo rękawicą), aby nie narobić sobie rys na lakierze.

Produkt można również stosować na mokry lakier po myciu, aplikujemy i wycieramy recznikiem do sucha. To jeszcze bardziej przyspiesza proces, bo nie trzeba osuszać samochodu i przejmować się wyciekającą wodą ze szczelin, która maże się po lakierze. Raz zastosowałam tą metodę, ale nie przyłożyłam się zbytnio do wycierania i zdecydowanie wolę tradycyjną metodę.

Jeśli chodzi efekty wizualne nadaje lakierowi blasku i śliskości. Wyciąga trochę głębię koloru i minimalnie przyciemnia lakier. Jednak najlepsze są kropelki! :) I rewelacyjny zrzut wody, który utrzymuje się dość długo po aplikacji. Można bez problemu osuszyć auto samym sprężonym powietrzem. A po deszczu zostaje zdecydowanie mniej water spotów (zaschniętej wody, na której osiadł się kurz) niż na powierzchni zabezpieczonej zwykły quick detailerem.



Najbardziej zaskoczyła mnie jednak trwałość. W ciągu trzech tygodni samochód zrobił dobrze ponad dwa tysiące kilometrów, był umyty z 4-5 razy na myjni bezdotykowej i przynajmniej 5-6 razy ręcznie szamponem z neutralnym PH. I nadal są świetne kropelki, zrzut wody jest trochę mniejszy niż na początku, ale nadal występuje. Według mnie rewelacyjny wynik jak na produkt, którego aplikacja zajmuje 10-15 minut. I co ważne dla mnie, nie zmyło go pierwsze mycie na bezdotyku, co jest dla mnie dość istotne, bo nie zawsze mam czas na mycie ręczne, a lubię mieć zawsze czyste auto. A to nie lada wyzwanie przy ciemnym kolorze lakieru. Tak zachowywała się woda na lakierze pod koniec testu:

 Zdecydowanie mogę polecić ten produkt, zarówno osobom, które zajmują się detailingiem jak i całej reszcie posiadaczy samochodów, którzy chcą w szybki i łatwy sposób odświeżyć wygląd swojego auta. Jest tak prosty w użyciu, że nawet totalny laik sobie z nim poradzi i daje rewelacyjne rezultaty przy minimalnym wkładzie pracy.


*
Cały czas zbieram się do testu porównawczego różnych quick detailerów, ale chciałabym najpierw przetestować jeszcze parę produktów. Mam nadzieję, że zdążę przed końcem sezonu.
Po bardzo długiej przerwie, udało nam się wreszcie wybrać na nasze pierwsze w tym sezonie zawody driftingowe, czyli Drift Masters w Płocku. Ponad 300km w jedną stronę, ale wiedzieliśmy, że będzie warto, bo na stadionie Wisły Płock można obejrzeć dobre show. Specjalnie na tą okazję wylany asfalt, znakomita widoczność. Baliśmy się, że pogoda nie dopisze, zapowiadano opady deszczu prawie od rana, ale nie było tak źle. Na hymnie wyszło nawet na chwile słońce. Jednak przy TOP8 zaczęło już kropić, a na TOP4 i finał rozpadało się całkowicie, wyganiając większość kibiców z trybun, w tym także nas.

Ta runda była wyjątkowo pechowa dla kilku zawodników. Paweł Trela jeszcze na kwalifikacjach rozwalił auto, bo poszedł mu pasek wspomagania. Ivo Cirulis także wylądował na betonowych separatorach po tym Krzysztof Romanowski zepchnął go z toru uszkadzając przy tym też swój samochód. Pierwszy raz widziałam odpadające drzwi w driftowozie i to dwukrotnie. Ilości trzymających się na jednym zaczepie (tudzież trytyce ;)) zderzaków nie zliczę, bo mam wrażenie, że w co drugim przejeździe ktoś prawie gubił zderzak. Dziwi mnie także dlaczego niektórzy zawodnicy startowali w ogóle bez zderzaka, do tej pory zawsze auta musiały być kompletne.


Pojawiło się także jak zawsze sporo narzekań kibiców na niesprawiedliwe ocenianie zawodników Bud Matu, czyli teamu organizatora całej serii. Ponoć sędziowie nie dostrzegają ich błędów i oceniają przejazdy bardziej na ich korzyść. Wynika to po części z niedoinformowania, bo nie wszystkie sporne wyniki są komentowane dla publiczności przez sędziów. A my jako kibice też nie znamy wszystkich wyznaczników idealnej linii przejazdu, jak na przykład zakaz dohamowywania w niektórych zakrętach. Jeden z takich przypadków skomentowało Drift Masters na swoim fanpage’u.
                                                                                      
Największe rozczarowanie zawodów przeżyłam przy pojedynku Jamesa Deana z Adamem Zalewskim. Gorąco kibicowałam temu drugiemu przejścia do TOP4, ale pomimo dogrywki nie udało się. Doceniam Deana, jest naprawdę świetnym kierowcą, ale już trochę nudzi mi się on na podium i zdecydowanie bardziej kibicuję wszystkim Polakom. Dlatego ogromnym zaskoczeniem było dla mnie zajęcie przez niego czwartego miejsca, żałuję, że nie miałam okazji tego obejrzeć i czekam cały czas, aż wrzucą na YouTube’a całość zawodów, aby to obejrzeć.


A zdecydowanie pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie Jaś Borawski, 12-latek, który już w poprzednim roku pojawiał się na zawodach Drift Masters, ale dopiero w tym roku zdobył licencję. Byłam trochę sceptycznie do niego nastawiona, choć wiem, że młodzi zawodnicy też dają radę. Ale po tym jak zobaczyłam jak poradził sobie z tym trudnym, technicznym i bardzo wąskim torem byłam pod wrażeniem. Zwłaszcza, że jechał w parze z Jamesem Deanem. Zdecydowanie rośnie nam nowy talent, ciekawa jestem jak rozwinie się jego kariera.

A odbiegając od tematu zawodów, jeszcze rok temu byłam przekonana, że polskie drogi są w stosunkowo dobrym stanie. Jednak odkąd jeżdżę na gwincie zdążyłam zdecydowanie zmienić zdanie. Totalnym koszmarem była nasza droga powrotna z Płocka. Drogę dwupasową E75 wpisaliśmy już na naszą czarną listę dróg, które należy omijać szerokim łukiem. Powrót do domu, wieczorem tą drogą okazał się nie lada wyznaniem. Jest ona tak rozwalona że prawy pas nie nadaje się w ogóle do niczego. Dziury, łaty, koleiny, wszystko to sprawia, że autem rzuca na prawo i lewo po całej drodze. Lewy pas był trochę lepszy, ale też bez rewelacji. Miał być bezstresowy powrót, a była szkoła przetrwania. Jednak najgorsze jest to, że to najdogodniejsza trasa, żeby przejechać na północ Polski od nas. Jakby ktoś miał obczajoną trasę jak można ominąć tą drogę jadąc z Katowic w stronę Łodzi to piszcie koniecznie! Przyda się nie raz.
Cztery lata temu na moim pierwszym Moto Show w Krakowie wpadłam w świat tuningu po uszy.  Zachłysnęłam się tym światem i oczarował mnie na dobre. Tutaj zobaczyłam pierwsze konkretne projekty tuningowe i to na dodatek zgromadzone w jednym miejscu. Każde auto było nowe, zachwycające, zadziwiające. Choć w tłumie wypatrywałam przede wszystkim beemek, bo była to wtedy jedyna marka samochodu, którą potrafiłam rozpoznać. Nie wiedziałam nawet za bardzo jak patrzeć na te auta, więc zachwycały mnie głównie nietypowe kolory lakierów, zwłaszcza matowe, które były dla mnie totalną nowością. Jednak spodobało mi się to i już wtedy wiedziałam, że będę chciała więcej. Więcej oglądać, więcej dowiedzieć się o samochodach. A także stworzyć kiedyś swój projekt.

Wtedy też po raz pierwszy oglądałam drift na żywo. I przepadłam totalnie. Byłam strasznie zauroczona i podekscytowana. A im więcej ryku, dymu i pisku opon tym bardziej się cieszyłam. Ale to jeszcze nic. Tamtego roku pokaz miał także Bartek Ostałowski, drifter bez rąk, który poziomem wcale nie odbiega od innych zawodników. Jeśli nie znacie, obczajcie koniecznie! Po jego przejazdach z gardłem ściśniętym ze wzruszenia zbierałam szczękę z podłogi. To było tak niesamowite, że nie mogłam się pozbierać po tym. To jedna z tych chwil, które pamięta się do końca życia, która uświadamia Ci, że możesz wszystko, jeśli tylko chcesz. Do dziś pamiętam to uczucie i chyba nigdy nie zapomnę. Przypominam sobie czasem o tym, kiedy potrzebuję motywacyjnego kopa w dupę, żeby zabrać się do działania.


 Tamto Moto Show zmieniło mój pogląd na motoryzację, a po części też pogląd na życie. Samochody coraz bardziej wkraczały w moją codzienność, aż do momentu gdy opanowały ją prawie całkowicie i mogłabym o niczym innym nie rozmawiać. Mam oczywiście inne zainteresowania, ale to wokół samochodów kręci się cały mój dzień, moje plany, marzenia i praca. Przepadłam i już nie ma dla mnie ratunku :D

Każdego roku powracałam na Moto Show, aby pooglądać dobre projekty, poszukać inspiracji i obejrzeć pokaz driftu. I każdego roku wracałam zachwycona oraz naładowana pozytywną energią. Aż do obecnego, kiedy po kilkunastu rundach dookoła hali stwierdziłam, że nie ma nic, co by naprawdę urywało dupę (poza Audi R8, ale to już inna liga trochę), a wiele projektów poza dobrą felgą i glebą niewiele różniło się od serii. Niektóre miały obdarte fotele, inne niewypolerowany lakier. A pokaz driftu był jedynie okazją, żeby poćwiczyć robienie zdjęć, bo oglądanie driftów jak nie mogę dokładnie przeanalizować sobie linii przejazdu i rywalizacji między zawodnikami już mnie aż tak nie jara. Lubię doszukiwać się niuansów takich jak kąt wychylenia, odległość od zony, synchroniczności przekładek, wtedy mnie to cieszy i potrafię godzinami oglądać skoncentrowana każdy przejazd.


Z jednej strony to trochę przykre, że impreza z której wyrosłam w tym roku okazała się dla mnie rozczarowaniem. Zastanawia mnie w jakim stopniu to impreza obniżyła poziom, a w jakim stopniu zwiększyły się moje wymagania. Myślę, że przede wszystkim to drugie. Stałam się trochę bardziej świadoma, ciut więcej wiem o samochodach i samym tuningu, choć dalej uważam, że wiem za mało. Ale cały czas nad tym pracuję i staram się rozwijać :D I wszystko idzie w dobrym kierunku. Bo tak to już jest, że ciągle chce się więcej. Ale liczę, że w tym roku uda mi się jeszcze pooglądać trochę dobrych projektów.

Na tym pierwszym Moto Show zamarzyło mi się, żeby kiedyś wystawić się tutaj ze swoim samochodem. Chociaż wydawało mi się to całkowicie nierealne i abstrakcyjne. Marzenie z kategorii niemożliwe do spełnienia.

A cztery lata później jestem w miejscu, z którego można zacząć myśleć o tym na poważnie. Nie wierzę, serio, nie wierzę. Jeśli to sen, nie budźcie mnie ;)
W tym roku postanowiliśmy spędzić czas na Hercules Tour tak jak się należy, przyjechać na dłużej niż jeden dzień, rozłożyć się z grillem i chillować się w otoczeniu ładnych samochodów. Prawie się udało, bo mieliśmy przyjechać w sobotę po południu, ale ze względu na pracę udało nam się dotrzeć dopiero wieczorem.

Wieczorem zresztą impreza trwała w najlepsze, wzdłuż drogi rozstawiły się tłumy ludzi a kierowcy popisywali się swoimi umiejętnościami. Ogólnie, chaos i anarchia dla osoby z zewnątrz, samochodów tyle że nie da się przejechać, pijani ludzi wychodzący spomiędzy samochodów. Mieliśmy tam pojechać po zakwaterowaniu, ale byliśmy już zbyt zmęczeni.

Rano po zaopatrzeniu się w prowiant niezbędny na grilla oraz odpicowaniu auta na myjni bezdotykowej udaliśmy się na miejsce. Drogi w tamtych okolicach wzdłuż skał wapiennych są niezwykle malownicze, przejażdżka wzdłuż nich to sama przyjemność. Rozstawiliśmy się na głównym parkingu przy zajeździe Wernyhora, aby być w centrum wszystkiego.


Pierwsze co zwróciło moją uwagę to stoisko z kosmetykami samochodowymi :D Niestety nie byłam akurat na kupnie niczego, co mieli w ofercie. Pooglądaliśmy samochody na parkingu, na kilku można było zawiesić oko na dłużej.

 Szczególnie urzekł na lakier na Audi, na żywo w słońcu wygląda nieziemsko. 


A także przód w e30, szkoda tylko że touring.


A ta ręka na żywo wyglądała bardzo realistycznie.


Wybraliśmy się potem na krótki spacer w stronę Maczugi Herculesa. W Pieskowej Skale tego dnia był niekończący się korek. Po powrocie przyszedł czas na rozpalenie grilla i beztroskie nic nie robienie.



W między czasie wszyscy na drodze zaczęli konkretnie upalać opony i przez następne kilka godzin dym unosił się bezustannie. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że to pożar.



Po grillowaniu zebraliśmy manatki i po krótkiej przejażdżce tam i z powrotem tą piękną trasą udaliśmy się do domu. W drodze powrotnej chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Moto Show Andrychów, ale już było zbyt późno. Niefortunnie też wybrałam drogę powrotną z Zatora na Andrychów przez Wieprz. Była tak wyboista, że w połowie myślałam, że się zatrzymam i dalej nie pojadę. Wybór trasy przejazdu, tak aby nie haratać cały czas podłużnicami o asfalt okazał się nie lada wyzwaniem. Ale przynajmniej już wiem, że więcej tamtędy nie pojadę ;) Swoją drogą przydała by się specjalna aplikacja dla samochodów na glebie pokazująca progi zwalniające i dziurawe drogi, nie sądzicie?
Mimo niesprzyjających warunków pogodowych sezon tuningowy możemy uznać za rozpoczęty. Część z Was ma już pewnie uzupełniony kalendarz obowiązkowych imprez, na których się pojawi. Spóźnialscy jeszcze dopieszczają swoje projekty, aby móc się pokazać  tego lata. Inni ze zniecierpliwieniem wyczekują ulubionych eventów w poszukiwaniu inspiracji.

Z góry zaznaczam, że ten wpis nie jest kompletnym przewodnikiem po wydarzeniach tego sezonu. Wręcz przeciwnie. Wymieniam w nim tylko kilka imprez na których byłam w poprzednich latach lub które bardzo chciałabym odwiedzić. Do tej pory bywałam głównie w charakterze widza, jednak po cichu liczę, że w tym roku może uda się wjechać gdzieś swoim samochodem. Gorąco zachęcam Was do polecania miejsc, gdzie jeszcze warto pojechać :)


A oto moje prywatne zestawienie.

Hercules Tour 12-14 maja

Impreza jedyna w swoim rodzaju. Ciekawe projekty tuningowe w krajobrazie niezwykle malowniczego Parku Ojcowskiego. Impreza ma luźny charakter grill&chill, gdzie drogą wśród wapiennych formacji przejeżdżają ciekawe projekty. Byle tylko pogoda się udała!

Moto Show Kraków 20-21 maja

Byłam już dwukrotnie i nie zawiodłam się. W strefie tuningowej jest na czym zawiesić oko. A w przerwach między obchodami po hali i pokazami driftów można zawitać na Wojnę Północ-Południe, gdzie właściciele opowiadają o swoich projektach. Mam nadzieję, że pomimo moich coraz większych wymagań, nie zawiodę się w tym roku.

Dub it 1-2 lipca

Wybierałam się w poprzednim roku, niestety nie wyszło. Jednak sądząc po filmikach i relacjach, konkretna impreza. Więc w tym roku punkt obowiązkowy.

Raceism 8-9 lipca

Wisienka na torcie. Nie mogę odżałować, że w poprzednim roku nie byłam. A w tym, choćby się waliło i paliło, muszę przyjechać do Wrocławia. Na Raceismie zobaczycie projekty jakich nie spotkacie nigdzie indziej. Już nie mogę się doczekać!

Japfest 28-30 lipca

Duża impreza dla fanów japońskiej motoryzacji. Byłam dwukrotnie i polecam. Są ciekawe projekty, są drifty, są wyścigi. Co prawda w tym roku raczej nie planuję, bo jakoś mi nie po drodze (czyżby dlatego, że nie mam już Hondy? :D)

Summer Cars Party 2-3 września

Duża impreza z wieloma atrakcjami, ciężko tam się nudzić, bo cały czas coś się dzieje. Nie jest to impreza nastawiona tylko na konkretne projekty, ale sporo perełek można wypatrzyć i atmosfera jest świetna.



Co jeszcze możecie polecić? Na jakich imprezach byliście i się podobało? Liczę na odzew. Sama mam ogrom imprez zapisanych w kalendarzu, ale wiem ze na wszystkich nie uda mi się być, dlatego liczę na jakieś podpowiedzi :)
Materiałowe dachy cabrio wymagają szczególnej pielęgnacji. Nie jest łatwo utrzymać dach tego typu w czystości, bo zanieczyszczenia wnikają w jego strukturę. Niewygodnie się go myje go rękawicą czy gąbką, a szczotkowanie przy każdym myciu może być uciążliwe. Dachy w kabrioletach niestety też często przeciekają na łączeniach pod naporem dużej ilości wody, więc po myciu możemy mieć wodę na każdym fotelu.

Nowy dach kosztuje niemało, dlatego, jeśli jest w dobrym stanie, należy o niego odpowiednio dbać. Dlatego tak ważne jest regularne czyszczenie i impregnacja. Zaimpregnowany dach lepiej odpycha wodę i brud, dlatego łatwiej jest go utrzymać w czystości.

Co jest nam potrzebne, aby zaimpregnować dach?

Przede wszystkim trochę wolnego czasu i miejsce w garażu.
A poza tym:
- myjka ciśnieniowa lub wąż ogrodowy
- preparat do czyszczenia dachu (może być dedykowany, ale sprawdzi się także APC w odpowiednim stężeniu, ja na mój mało zabrudzony dach użyłam APC Poorboy’sa 1:10)
- preparat do impregnacji (tu wybór jest dość szeroki, ja zdecydowałam się na Nanolexa, ale poważnie zastanawiałam się także nad GTechniqiem, Gyeonem i Sonaxem, które pewnie przetestuję następnym razem)
- szczoteczka, najlepiej z trochę twardszym włosiem
- folia malarska


Zacząć musimy od dokładnego wyczyszczenia dachu. Najlepiej zmoczyć go wodą na początek, aby wygodniej się pracowało. Łatwiej rozprowadza się wtedy chemię do czyszczenia. Psikamy preparatem na dach i czyścimy kawałek po kawałku. Warto szczególną uwagę zwrócić na przeszycia na brzegach, tam gromadzi się bardzo dużo brudu, a nierzadko zaczyna rosnąć mech :D Staramy się nie dopuścić do zaschnięcia chemii, można wyczyścić pół dachu, spłukać i zabrać się za drugie pół. Polecam wyczyścić całość dwukrotnie, aby potem nie było rozczarowania, jak wyschnie, że jest dalej brudny. Jak już mamy wyszczotkowany, spłukujemy dokładnie wodą pod niskim ciśnieniem.




Bardzo ważne, aby nie potraktować materiału zbyt wysokim ciśnieniem, bo można go wtedy uszkodzić.Włókna materiału się podniosą i będzie widać ślady od strumienia wody.

Teraz musimy zaczekać aby materiał całkowicie wyschnął, może to trochę trwać, w zależności od warunków, więc radzę znaleźć sobie inne zajęcie na połowę dnia albo przyjść na następny dzień.


Po wyschnięciu dachu może was zastać coś takiego.
Wydaje mi się, że to babie lato albo coś podobnego, co naleciało z drzew. Próbowałam to potraktować gumową szczotką na sierść, ale szło bardzo opornie. Za to po wstępnym przeszczotkowaniu, odkurzacz poradził sobie bez problemu.

Jak już mamy całkiem czysty i pozbawiony śmieci dach możemy zabrać się za oklejanie. Nie jest to konieczne, ale zajmuje chwilę i znacznie ułatwia pracę. Jeśli nie oklejacie samochodu, musicie pamiętać, aby wszystko co naleci Wam na szyby czy lakier od razu wytrzeć. Warto wtedy zakleić chociaż samą pleksę.

Przy używaniu tego typu impregnatów powinno się używać maski ochronnej z filtrem węglowym. Zadbajcie także o dobrą wentylację w pomieszczeniu.

Ja maski nie miałam, więc starając się nie wdychać oparów trochę się nagoniłam. Owinęłam usta i nos chustką i staram się pracować na wdechu co chwilę wybiegając na zewnątrz, żeby zaczerpnąć powietrza. Raz czy dwa wzięłam oddech w tych oparach i uwierzcie mi, nie chcielibyście mieć tego w płucach. BHP na 50%, ale myślę, że lepiej tak niż oddychać przez parę minut tą chemią.


Aplikacja akurat w przypadku Nanolexa jest banalnie prosta, pryskamy miejsce w miejsce cały dach. Na e36 zeszła mi prawie cała buteleczka 200ml.

Wietrzymy dobrze pomieszczenie i zostawiamy samochód w garażu minimum na 12, a najlepiej na 24h. Ot i wszystko.
Możecie mi podpowiedzieć jakie wpisy z zakresu detailingu by Was najbardziej interesowały :)


Zacznę tak trochę górnolotnie. Ten wpis jest o tym, że marzenia się NIE spełniają. Marzenia się spełnia. Własną pracą, własnymi decyzjami i wyrzeczeniami. Nic się samo nie dzieje. Same od siebie mogą nastąpić sprzyjające zbiegi okoliczności, które trzeba wykorzystywać do maksimum.



Pewnego dnia stwierdziłam, że muszę wreszcie coś zrobić ze swoim życiem. I postanowiłam kupić BMW.

Beemka marzyła mi się od początku mojej przygody z motoryzacją, zresztą od tej marki się ona zaczęła. Było to pierwsze auto, które zaczęłam rozpoznawać na ulicy nie widząc znaczka. Nie wiem dlaczego tak wyszło, że na pierwszy samochód kupiłam sobie akurat Hondę Civic, ale myślę że nie mam czego żałować (może poza tym, że nie miałam V-TECa pod maską). Mogłabym żałować gdyby padło na Opla Tigrę, bo to był mój pierwszy pomysł, na szczęście szybko mi przeszło. I nie muszę się wstydzić za to, że moim pierwszym samochodem była Tigra. Choć teoretycznie, nie miałabym czego, bo każdy mi mówił, że to fajne auto dla kobiety. Też tak myślę, ale w moim motoryzacyjnym CV nie ma miejsca dla Tigry. Życie jest zbyt krótkie, aby jeździć samochodami, które są dobre „dla kobiet”, tak w stereotypowym założeniu.

Zawsze też marzył mi się kabriolet. Jednak wydawało mi się to marzenie totalnie nierealne i abstrakcyjne. Tych z kategorii nie do spełnienia albo kiedyś, w odległej przyszłości, gdy już będę bardzo bogata. Chciałam mieć kabrio, ale nigdy tak naprawdę nie sądziłam, że kiedyś kupię sobie taki samochód.

A później stwierdziłam, że raz się żyje.
I muszę kupić sobie BMW.
W cabrio.
Wymarzone E36.
I gdy już to postanowiłam, nic nie było w stanie mi wybić tego z głowy. Mimo iż istniało mnóstwo racjonalnych argumentów za tym, że wybór kabrioleta to nie najlepsza opcja. Zaczęłam intensywnie przeglądać wszystkie ogłoszenia, niektóre czytałam po kilkadziesiąt razy. A nie było tego dużo, bo na całą Polskę znalazłam nie więcej niż trzydzieści egzemplarzy. Przez kilka tygodni czekałam aż trafi się coś naprawdę godnego uwagi, bo też budżetu jak na ten model, nie miałam zbyt wielkiego.



Aż znalazłam jeden wymarzony egzemplarz, na który pieniądze próbowałam wytrzasąć z pod ziemi. Nie udało się. Ale cały czas obserwowałam czy nikt jej nie kupił, parę razy dziennie wchodziłam na ogłoszenie. Cały czas aktualne. I im dłużej czekałam, tym bardziej miałam wrażenie, że nie jest to taka okazja jak się wydaje. Coraz więcej rzeczy zaczęło mi nie pasować. A to 1.8is, który nie szedł fabrycznie w cabrio, a to oznaczenie 320 na klapie mimo silnika 1.8, a to podejrzanie idealny stan jak na tą cenę. Trafił się inny egzemplarz, ładnie odrobiony, gwint HR, nowa szyba i pleksa w dachu, nowe sprzęgło, ale odrzuciłam go prawie od razu, bo trochę za drogi. Cały czas jednak siedział mi w głowie, bo wychodzę z założenia, że wolę dać trochę więcej za auto i kupić coś porządnego niż zapłacić mniej i mieć na starcie długą listę rzeczy do wymiany. I postanowiłam. Jechałam po nią 300 kilometrów w jedną stronę. Kupiłam, nie wierząc w to co się dzieje, trochę z żalem, że tak krótko mogłam się nacieszyć plikiem banknotów, który nie mieścił mi się w portfelu, najbardziej przejmując się tym jak ja zajadę do domu na tak niskim zawiasie (a przywaliłam podłogą o niski próg zwalniający w pierwszych dwóch minutach za kółkiem).

I z każdym dniem coraz bardziej się w niej zakochuję. Pomimo tego, że dach przecieka. Pomimo tego, że lista drobnych rzeczy do zrobienia przy niej ma 20 podpunktów. Pomimo tego, że muszę gonić z łopatą i rozkopywać drogę dojazdową do domu, żebym mogła przejechać. Pomimo tego, że muszę sobie odmawiać teraz większości drobnych przyjemności.

Prowadzi się bajecznie. Rozpędza się bajecznie. Na zakrętach przy suchym asfalcie trzyma się bajecznie. A jeździć bokiem jeszcze nie próbowałam. Ale to tylko kwestia czasu. Choć miałam okazję się już przekonać co się dzieje, gdy próbuję się zbyt gwałtownie ruszyć ze skrzyżowania :D

A tak się składa, że trochę wcześniej M. też kupił sobie beemkę. E34. A tydzień później kupił do niej silnik, 2.8. Zapowiada się dobry sezon. Może trochę mniej pojeździmy po eventach, ale za to może uda nam się trochę więcej podziałać z naszymi samochodami. A planów jest wiele. I jak tylko mam jakąś wolną chwilę to staram się coś zrobić przy mojej, choćby jakąś małą pierdołę. Przy Hondzie nigdy się tak nie zaangażowałam, żeby ją udoskonalać, prawie wszystko skończyło się na planach.



Wracając do początku wpisu, mam moje kabrio już kilka tygodni, otwieram dach kiedy tylko warunki na to pozwalają. A jak popatrzę w górę, często dalej nie dowierzam, że widzę niebo w pełnej okazałości. Nie podsufitkę, nie okienko szyberdachu. I dziwię się ludziom w tych metalowych puszkach, normalnych samochodach.


Już nie jestem w stanie wyobrazić sobie lata bez kabrio. Bez beztroskich przejażdżek z wiatrem we włosach.